"Kiedyś to były czasy. Dzisiaj nie ma czasów” - przeczytałem w jednym z komentarzy w Internecie. Bo czasami czytanie ich jest o wiele zabawniejsze niż materiał przy którym się znajdują. Wszyscy tęsknią za oryginalnym smakiem Frugo z lat 90-tych. Ja osobiście podjechałbym pod sklep ciężarówką jeśli okazałoby się, że znowu wprowadzili Tazo Star Wars do chipsów. Zresztą jakakolwiek wzmianka o czymś, co kiedyś było, a teraz nie ma napawa mnie przejmującą falą nostalgii, przez którą rozpływam się we wspomnieniach i nie mogę nic zrobić. Na szczęście podobno nie tylko ja tak mam.

Inne czasy

Oczywiście wiecie, że to wszystko jeden wielki żart, który nam robi mózg, prawda? Wcale nie tęsknimy za oryginalnym smakiem oranżady Kaskada i gumy Turbo, bo były tak majestatycznie doskonałym dziełem sztuki smaku. Tęsknimy za nimi, bo przyszło nam ich próbować w czasach, kiedy nie musieliśmy chodzić do pracy i płacić podatków. Bo po prostu wtedy życie było prostsze. Z motocyklami jest podobnie. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie chciał jeździć jakimkolwiek jednośladem z lat – powiedzmy – 60- tych XX wieku, bo wspaniale się prowadził. Będzie chciał nim jeździć dlatego, że reprezentuje czasy, kiedy gwiazdy rocka zajmowały się wyrzucaniem telewizorów przez hotelowe okna, a nie uważaniem, aby teksty ich piosenek nie uraziły kogoś, kto mieszka w piwnicy u swoich rodziców. Poza tym – jakkolwiek mainstreamowo to nie brzmi - , zainteresowanie oldschoolem stało i ciągle staje się coraz modniejsze.

Wymuszona indukcja

Jak myślicie, dlaczego powstała Ninja H2? Dlatego, że ZX-10R był zbyt wolny? Nie. Powstała dlatego, że sięgnięto to wspaniałej ideologii wymuszonej indukcji, kiedy to Kawasaki po raz pierwszy zaprezentowało doładowany motocykl. Mój Boże, ależ Z1-R Turbo był szalony. Kawasaki sprzedawało go z oficjalnym oświadczeniem, na którym (małymi literkami) pisało, że ten motocykl jest dzikszy niż wszystko czym do tej pory jeździłeś, a sposób oddawania mocy można określić jedynie jako „nagły”. W 1978 roku legitymując się mocą 126 KM i prędkością maksymalną 220 km/h był jak przybysz z kosmosu. Z planety „MOC”. Na niskich obrotach nie działo się absolutnie nic, po czym nagle, bez żadnego ostrzeżenia musiałeś zmienić spodnie. Sytuacja powtórzyła się pięć lat później, kiedy światło dzienne ujrzało doładowane GPZ.

Kopalnia inspiracji

Przełom lat 70/80 to doskonała kopalnia inspiracji. I właśnie dlatego w tym roku na tragach w Mediolanie pokazano zupełnie nowego Z900RS. Tak łatwo zepsuć nowe wcielenie oldschoolowego motocykla. To nie jest coś, z czym można eksperymentować. Podobnie jak nie powinno się powierzać coverowania „We Will Rock You” Queen Justinowi Bieberowi. Patrzysz na Z900RS i w Twojej głowie migają obrazy z szalonych imprez na jakich miałeś przyjemność bywać w latach siedemdziesiątych. Przypominasz sobie smak pierwszego piwa, pierwszego pocałunku, pierwszego łomotu, który dostałeś broniąc swoją dziewczynę w knajpie. I przypominasz sobie ten perfekcyjny czerwcowy wieczór, kiedy jechałeś ze swoją wybranką losu swoim Z1. Był wieczór, niebo zaczynało robić się fioletowo-pomarańczowe, a Ty czułeś tylko zapach świata i ręce zaciskające się na Twojej klacie.

I właśnie dlatego stare motocykle wracają, ubrane w technologię XXI wieku, zasilane potężniejszymi silnikami. Ale najważniejsze jest to, że teraz znowu możesz odbyć swoją perfekcyjną przejażdżkę ze swoją wybranką. Pewnie będzie musiała nieco bardziej wyciągnąć ręce, aby Cię objąć, ale co z tego? Wrażenie będzie tak samo doskonałe.



Autor tekstu: Łukasz Tomanek