Jeśli właśnie zatrzymał Cię policjant, a Ty zamiast podać mu prawko i dowód rejestracyjny wyrwałeś mu broń z kabury, również możesz mieć uzasadnione prognozy, co wydarzy się za chwilę. Ale co z motocyklami? Zazwyczaj szklaną kulą okazują się jesienne targi motocyklowe. Dziennikarze wtedy przez 3 dni odżywiają się wyłącznie Red Bullem i sygnałem Wi-Fi (możecie mi wierzyć) i ogólnie pracują jak elfy świętego mikołaja byle tylko zdążyć z deadlinem ustalonym przez ich obłąkanego szefa. Ma to swoje zalety, podobnie jak bycie zastrzelonym z bazooki  też ma swoje zalety – nigdy już na przykład nie będzie Cię bolała głowa. Niemniej jednak zielone stoisko Kawasaki na targach Intermot (które było w sumie też trochę czarne) dość mocno wysadziło mnie z kapci. Jestem genetycznie zaprogramowany, aby być podnieconym wszystkim, co ma „Ninja H2” w nazwie, więc ujrzawszy tego doładowanego diabła z „Carbon” tuż za „H2”, omal nie straciłem przytomności. Nie zwiększano mocy, bo a) nie było to potrzebne oraz b) nikt o zdrowych zmysłach nie powiedział nigdy „Hmm, ta Ninja H2 jest trochę powolna”. Lustrzaną sexy-chromowaną farbę zastąpiono matowym malowaniem i przepraszam, ale teraz H2 wygląda jak bombowiec Stealth albo coś, w co Will Smith strzelał w „Dniu Niepodległości”. I to włókno węglowe na przedniej czasze. Dlaczego modelki i blogerki modowe nie nakładają na twarz carbonu? Wyglądałby o wiele atrakcyjniej. Skoro już o atrakcyjności mowa, to stylista Ninjy 650 powinien mieć wstawionego do garażu Bentleya, a do lodówki roczny zapas szampana Crystal. Spójrzcie na ER6-f. Już? A teraz zerknijcie na jego następcę, Ninję 650. Silnik pozostał ten sam, co w tym akurat przypadku jest dobrą rzeczą, bo jeśli coś działa (czytaj. Jest uber-rozrywkowe i pali 4,5 litra), to się tego nie naprawia. If it ani't broke, don't fix it – jak mawiał Albert Einstein. Albo Ronald McDonald, już nie pamiętam. Stylistykę Ninjy 650 można określić jedynie słowami „O”, „Mój” oraz „Boże”. To motocykl uniwersalny, miejski, idealnie nadający się dla filigranowej kobiety lub na pierwszy poważny sprzęt, jednak w jakiś sposób wygląda, jakby Tom Sykes wykręcił nim właśnie życiówkę na torze Autopolis. Postaw ją obok ZX-10R KRT, a ktoś je pomyli, gwarantuję. A to tak, jakbyś usiadł obok Davida Beckhama, a jakaś seksowna mamuśka poprosiła Ciebie o selfie. Ten motocykl wygląda niemal zbyt-dobrze. Ale to doskonale, bo kiedyś – przynajmniej do pewnego stopnia – motocykle uniwersalne klasy średniej były atrakcyjne w takim samym stopniu jak Krystyna Pawłowicz. A teraz? Teraz takie rzeczy jak nowa Ninja 650 sprawiają, że topowe litry ze stron kalendarzy motoryzacyjnych będą się wstydzić i stać podejrzanie blisko pisuaru. Uwielbiam Z1000SX. Tak naprawdę uwielbiam wszystko, co zasilane jest tym wariackim czterocylindrowym litrem, ale, hmm, Z1000 jest po prostu zbyt psychopatyczny i nie potrafię sobie wyobrazić czerpania frajdy z jazdy, kiedy akurat nie masz ochoty ma bycie barbarzyńcą z toporem (którym Zet w sumie jest). Z kolei Versys 1000, owszem, jest szybki, nawet bardzo, jest wygodny nawet w porównaniu do mojego łóżka, ale jadąc nim nie masz poczucia, że objąłeś nogami pocisk balistyczny ziema-powietrze. Dlatego właśnie SX jest idealnym kompromisem między byciem wysadzonym w powietrze a zwiedzaniem świata. Jestem niemal przekonany, że przy stylistyce nowego modeli SX pracowali Ci sami ludzie, którzy pracowali przy nowej „Dziesiątce”. Albo przynajmniej ktoś, kto z tymi ludźmi imprezował. Spójrzcie szczególnie na przód i przednią czachę. Gdzie widzieliście podobne zacięcia linii pod lampą? Podpowiem – w Ninjy H2. No i ten fenomenalny dziób łączący owiewkę z lampami i najeżdżający na nią. Wizualna poezja. SX to przede wszystkim sportowy turystyk, ale cały czas pamięta o swoim trochę psychopatycznym rodowodzie i potencjale. Między innymi dlatego, aby SX'a i kierowcę bardziej zainspirować do prawidłowego wykorzystywania mocy i momentu obrotowego, w nowym modelu zainstalowano sprzęgło antyhoppingowe. Bardzo proszę, nie dajcie sobie wmówić, że to tylko i wyłącznie dla bezpieczeństwa. Jak działa antyhopping. Mówiąc bardzo nie-naukowo, to mechanizm, który „ślizga” sprzęgłem podczas złączania jego tarcz. Powstało to po to, aby ludzie nie kończyli przejażdżek na oddziale intensywnej opieki medycznej w momencie nie zsynchronizowania zmiany biegów z klamką sprzęgła. Antyhopping jest w SX dlatego, żebyś mógł jeździć ostrzej i bezpieczniej. I właśnie słowem „ostrzej” dochodzimy do ostatniego, hmm, prawdopodobnie najbardziej hardkorowego gracza zaprezentowanego w Kolonii. Ninja ZX-10RR. Jeśli widzisz w nazwie motocykla Kawasaki dwie litery „R”, to wiedz, że żarty się skończyły. To hołd dla legendarnego – nie ma na to innego słowa – ZX7RR. Ale nie tylko. Wszyscy wiemy, jak w Polsce zazwyczaj używa się litrów. Ich eksploatacja to w 90% jazda na mieście i jego obwodnicach, a jeśli już kiedyś jakiś wybierze się na Track Day, to wiedzą o tym wszyscyna Facebooku i Instagramie. Dziesiątka-RR to po prostu motocykl wyścigowy, w którym ktoś zainstalował tablicę. Każdy element silnika, wliczając w to skrzynię korbową, podkładki regulacyjne zaworów i głowicę, zostały zmienione lub wzmocnione w takim sam sposób, jak robi się to w WSBK. To nie są żarty, to jest wyścig. Tablica rejestracyjna jest tutaj tylko po to, żebyś mógł tym motocyklem z toru przejechać szybko do Żabki po soczek Tymbark w przerwie między sesjami na torze. Nie polecałbym tego jednak robić, bo RR z fabryki wyjeżdża na wyczynowych oponach z przeznaczeniem na tor. Testowi kierowcy wyścigowi Kawasaki na torze Autopolis uzyskali czasy o 2 sekundy lepsze niż w przypadku zwykłej ZX-10R. W skali wyścigu to mniej więcej o dwa miesiące lepiej. RR wydaje się być doskonałą inwestycją, bo powstanie jej tylko 1000 sztuk, więc w 2076 roku będzie warta ok. miliona Euro. No przecież lepiej kupić ponad 200 konnego, torowego potwora niż obraz kogoś, o kim nigdy nie słyszałeś, który przedstawia grubą kobietę jedzącą pomarańcze.

 

Epilog

 

Przyszłość wygląda naprawdę nieźle. Kawasaki od dziesięcioleci wyznaje zasadę, że motocykle muszą powodować w mózgu i sercu nieodwracalne zmiany. To znaczy, że siadając na motocykl tej marki Twoje życie ma się zmienić i masz później tego pragnąć. Kawasaki zawsze były toną ostrego stylu i jeszcze większą ilością dzikości, charakteru i charyzmy, ale to, co projektanci zrobili z Ninją 650 naprawdę zachwyca. A pewien ćwierkający ptaszek wyśpiewał mi, że za niecały miesiąc w Mediolanie na EICMA też będziemy zbierać szczęki z dywanu.