Jakże daleko zaszła technologia. Kiedyś, w tak zwanych dawnych czasach reakcja na dodanie gazu była jak kłótnia z żoną. Myślałeś, że wszystko jest w porządku, po czym nagle, bez żadnego ostrzeżenia rozpętało się piekło. Wtedy nikt nie przejmował się płynnym oddawaniem mocy, bo po prostu nie było na to czasu. Liczył się tylko wyścig zbrojeń i to, ile kto zdoła wycisnąć z silnika, a robienie motocykli przyjaznymi było zbędną i nieefektywną stratą czasu, który można było przecież poświęcić na zwiększenie prędkości maksymalnej. I przez to wszystko teraz jesteśmy w 2018 roku, gdzie moc zwiększyła się dwukrotnie, a stosunek koni do masy wynosi praktycznie 1:1. No bo spójrzmy na liczby: ZX-10R w stanie gotowym do jazdy waży 206 kilogramów, a z dynamicznym doładowaniem ma 210 KM. Przy czym cała ta wspaniała, wysokokaloryczna moc trafia na asfalt przez powierzchnię styku niewiele większą od grejpfruta. Do tego trzeba naprawdę sprawnie działającego mózgu. A skoro o tym mowa, to nie wiadomo ile przedstawień szkolnych swoich dzieci, kolacji z żoną i urodzin musieli opuścić inżynierowie Kawasaki, żeby sprawić, że Ninja H2 nie będzie wzbijać się do lotu podczas przyspieszania. Ten sprzęt mimo wszystko nadal próbuje to robić, o czym przekonasz się, kiedy na piątym biegu odkręcisz gaz, a H2 będzie stawała na gumę. No dobrze. Ale w takim razie który z tych motocykli wybrać?

Dlaczego Ninja ZX-10R?

ZX-10R to narzędzie zagłady na torze. Ma S-KTRC, BFRC, IMU, KIBS, KQS, KLCM i kilka innych wyjątkowo nie-ekscytująco brzmiących akronimów. Dla uproszczenia uznajmy, że w komorze spalania siedzi inżynier, który osobiście dba, aby dany zakręt przejechać jak najszybciej, jak najprecyzyjniej i jak najbardziej dynamicznie go opuścić. ZX-10R to technologiczna uczta, w której daniem głównym jest moc. Czasami po prostu nie można uwierzyć w to, co pokazuje prędkościomierz. Teraz najlepsze: Mimo tego całego zaawansowania technologicznego, tych systemów elektronicznych i tej mocy, którą można wyrywać dziury w czasie, ZX-10R jest całkiem cywilizowany. Ja nie miałem żadnych problemów, żeby jeździć nim do pracy. Mało tego, znam małżeństwa, które używają swojej Dziesiątki do podróżowania i nadal pozostają w związku sakramentalnym. W porządku. W takim razie mamy jasność czym ZX-10R jest. Wiemy o tej całej maniakalnej mocy i większej ilości elektroniki niż w głównej siedzibie Apple. Dlaczego zatem ktoś miałby zdecydować się na cięższą, droższą i mniej praktyczną Ninję H2?

Dlaczego Ninja H2?

Ujmijmy to w ten sposób. Kiedy uciekasz z płonącego budynku, nie zastanawiasz się nad tym, jaka jutro będzie pogoda, ani gdzie pojedziesz w tym roku na urlop. Pożar jest myślą przewodnią wydarzenia, w którym właśnie bierzesz udział. Podobnie jest z Ninją H2. Kiedy weźmiesz tabletkę odwagi i naprawdę odkręcisz gaz do samego ogranicznika, a na wyświetlaczu na kokpicie pojawią się trzy ikony wiatru, nie będziesz nawet przez sekundę narzekał, że musiałeś na ten motocykl wydać o wiele więcej kasy. Wtedy łopatki kompresora kręcą się tak szybko, że przekraczają prędkość dźwięku, a Tobie się wyda, że motocykl, którym jedziesz jest napędzany gniewem Bożym. To, co wtedy się dzieje przechodzi wszelkie pojęcie ludzkie na temat przyspieszenia. Można wtedy odnieść wrażenie, że motocykl nagle uruchomił drugi, dodatkowy silnik.

Moja opinia

Oczywiście, ZX-10R na torze, z dobrym kierowcą za sterami spuści H2 taki łomot, że będzie to aż śmieszne. Ale jeżeli mówimy o brutalnej zmianie wskazań prędkościomierza, nic na lądzie nie jest w stanie uciec H2. W takim razie po co w ogóle taki motocykl powstał? Dostaje bęcki na torze od swojego młodszego brata, nie można nim wozić pasażera i kosztuje sporo więcej. Cóż, kiedy patrzę na Ninj H2 i na prześwitujący z ramy kompresor, zaczynam coraz mocniej wierzyć, że w 2027 roku faktycznie wylądujemy na Marsie.



Autor tekstu: Łukasz Tomanek