Żeby Versys 1000 jeździł tak jak jeździ inżynierowie musieli olać swoje rodziny, przyjaciół, znajomych. Musieli opuścić przedstawienia swoich dzieci, nie przyjść na spotkanie z kumplami, nie  iść z żoną na zakupy – może to ostatnie wcale nie było takie złe. Goście po prostu musieli zostać w biurze projektowym i kminić jak sprawić, żeby motocykl, który gabarytami przypomina budynek Comarchu w Warszawie prowadził się jak maszyna sportowa. Nie jest łatwo prowadzić rzecz ciężką  w sposób pełen gracji, płynności i godności. Spróbujcie na przykład zatańczyć tango z wielorybem. Z przyjemnością i bananem na gębie spieszę donieść, że sztuka perfekcyjnych właściwości jezdnych w przypadku motocykli wagą i rozmiarem nawiązujących do niektórych lokomotyw udała się Kawasaki koncertowo. Dobrze, teraz kiedy po tej całej technologicznej litanii faktów nie czytają mnie już żadne kobiety, mogę się zwrócić do facetów i obwieścić, że udane ujarzmianie takiego motocykla w zakrętach powoduje podniecenie podobne do tego, które czuliście widząc pierwszy raz nagi biust (kobiecy). Serio, przerzucasz tego behemotha w winklach z taką łatwością, że nawet o tym nie myślisz. Jechałem z koleżanką na siedzeniu pasażera. Po jeździe powiedziała, że nigdy w życiu nie jechała motocyklem z takimi pochyleniami, a ja nawet się nie starałem. W tym rzecz. Wszystko w Versysie przychodzi łatwo. Prowadzenie, przyspieszanie, turystyka. To taki przyjazny gigant. Który wystrzeli przednie koło w stronę nieba na trójce jak się uprzesz. Ale od czego jest kontrola trakcji? Choć szczerze mówiąc, ja zostawiłbym ją na najmniejszym stopniu działania. Gaz działa zbyt płynnie, a przyspieszanie – nie ma znaczenia z jakiej prędkości, może być od 100 do 200 km/h – przychodzi Ci równie łatwo i bezstresowo jak przewrócenie strony w swojej ulubionej książce. Zgoda, ale skoro Versys prowadzi się w tak bliski klimaksowi sposób, to do czego on w sumie jest? Do wszystkiego – jeśli mam być szczery. Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego dla mnie powodu lubię się nim bujać po mieście, ale jeszcze większą, wręcz niewymowną przyjemność sprawia mi zabranie go na zakręty i potraktowanie w sposób tak ostry, że nawet Christian Grey uznałby to za obcesowość. Jakie to fajne, kiedy biegi dopiero zmieniasz wtedy, kiedy wskazówka dawno będzie już na czerwonym polu obrotomierza, a motocykl Ci w tym po prostu nie przeszkadza.